Mięso armatnie jeszcze gorszego sortu
Wśród pół miliona rosyjskich żołnierzy i walczących po ich stronie rekrutów z całego świata Afrykanie stanowią może i niewielki, ale znaczący procent

Francis patrzy spode łba, ale to bardziej strach niż buńczuczność. Do brzucha ma przymocowaną wielką minę przeciwpancerną i niepewnym głosem odpowiada na pytania człowieka trzymającego smartfon i nagrywającego go. „Jak się nazywasz?” – pada pytanie. „Francis” – odpowiada. „Czarnuchu, będziesz dziś otwieraczem do puszek” – słychać. Nagrywający pogania Francisa w głąb ciemnego korytarza, ten osłania głowę, jak przed ciosem, przez chwilę w kadrze miga karabin.
Francis Ndung'u Ndarua wyjechał z Kenii do Rosji we wrześniu 2025 r. Obiecywano mu pracę elektryka, ale czy był nim choć przez chwilę – nie wiadomo. Jego rodzina, do której dotarła CNN, straciła z nim kontakt już w październiku. Potem w grudniu ktoś pokazał Anne, jego matce, inne nagranie: jej syn ostrzegał przed przyjazdem do Rosji. – Skończycie w armii, nawet jeśli nigdy nie służyliście w wojsku, i zostaniecie zaciągnięci na linię frontu. A tam śmierć. Wielu przyjaciół zginęło tu w imię pieniędzy – mówił Francis.
Od tamtej pory ślad po Francisie zaginął. W przeciwieństwie do Edsona Kamwesigve z Ugandy: 46-letniego ochroniarza, który pracował w Afganistanie i Iraku. W grudniu dostał propozycję zatrudnienia w Moskwie – na tyle atrakcyjną, że nie zastanawiał się długo. I po wylocie nie odzywał się przez wiele dni, aż w połowie stycznia przysłał SMS-a. – To było coś w stylu: ludzie, potrzebuję waszych modlitw, zmuszono nas do podpisania kontraktów na służbę wojskową – wspomina w rozmowie z Deutsche Welle Caroline Mukiza, żona Edsona. Potem przyszła jeszcze wiadomość wysłana najwyraźniej z frontu: „Módlcie się, nie wiemy, czy uda nam się to przeżyć”. Dwa tygodnie później Mukizie próbowano pokazać zdjęcie zwłok, by zidentyfikowała małżonka. Odmówiła. Relacjonowany przez DW pogrzeb odbył się pod koniec lutego.


