Na tropie papierowych skarbów
Książki bywają na tyle ważne, żeby ludzie chcieli ryzykować życiem dla ich ratowania

Gdy podczas II wojny światowej Niemcy planowo niszczyli dorobek kultury i nauki społeczeństw, które uznawali za gorsze od siebie, partyjni bonzowie, tacy jak Hermann Goering, Hans Frank, a przede wszystkim Adolf Hitler, byli opanowani żądzą przejmowania na własność obrazów, rzeźb, rękopisów, książek. Jedni robili to dla zysku, inni dla chwały III Rzeszy. Planowano, że w 1950 r. w Linzu powstanie Muzeum Führera, w którym będzie można oglądać najcenniejsze eksponaty z europejskich kolekcji. Ale nawet fiasko projektu 1000-letniej Rzeszy, oczywiste co najmniej od początku 1943 r., od klęski stalingradzkiej, nie powstrzymało Niemców przed rozkradaniem zbiorów z podbitych państw.
Po upadku powstania warszawskiego ekipa polskich muzealników, bibliotekarzy, archiwistów i naukowców przekonała niemieckie władze do pomysłu ratowania kolekcji zgromadzonych w Warszawie wizją wywiezienia ich w głąb Niemiec. Dla tych pierwszych był to jedyny sposób na ocalenie śladów przeszłości kraju i narodu, dla drugich – szansa na przejęcie ich i wzbogacenie się. Klęska zaglądająca im w oczy dawała się odgonić jedynie dzięki marzeniom o spokojnym i dostatnim życiu. Takimi obrazami żył również Frank. Pierwszy prawnik III Rzeszy, człowiek mający się za rozsądnego intelektualistę, kolekcjonował książki, którymi chciał się otoczyć po wojnie.
Chaos ostatnich miesięcy wojny sprawił, że Niemcy nie mieli już szans na przejęcie części transportów. Niektórzy z Polaków zaś nie myśleli o niczym innym.

