Agenci jednorazowi
Zabójstwo rosyjskiego dysydenta w Białej Podlaskiej, tajemnicze podpalenie ukraińskiej restauracji w centrum Warszawy oraz nieco wcześniejsze incydenty w wielu państwach Europy mogą mieć bardzo niepokojący, wspólny mianownik – użycie agentów proxy

Według Słownika języka polskiego PWN „proxy” to „pomocniczy komputer przyspieszający dostęp do (…) stron internetowych lub zabezpieczający (…) przed atakami z zewnątrz”. W terminologii stosowanej przez specjalistów od bezpieczeństwa międzynarodowego „proxy” oznacza z grubsza to samo, tyle że w odniesieniu do podmiotów siejących śmierć, zniszczenie, chaos i dezinformację. Chodzi o wykorzystanie pośrednika w celu ułatwienia ataku na cudze newralgiczne interesy przy jednoczesnym zabezpieczeniu własnych.
W latach zimnej wojny konkurencyjne supermocarstwa toczyły cudzymi rękami liczne „proxy wars”, wojny zastępcze, podgryzając się wzajemnie, ale nie wystawiając się bezpośrednio na polityczną odpowiedzialność i pełnoskalowy odwet. Ostatnio mamy zaś do czynienia z „agenturą proxy”, czyli wykorzystywaniem bardzo tanich pośredników do działań asymetrycznych, dywersyjnych i terrorystycznych. Tanich w podwójnym znaczeniu – zarówno jeśli chodzi o koszt ich pozyskania i szkolenia, jak i o późniejsze koszta związane z efektem ich działania. Te pierwsze są pomijalnie małe wobec nakładów związanych z wykształceniem oficera wywiadu lub operatora sił specjalnych. Te drugie – polegające na militarnych, politycznych czy ekonomicznych reperkusjach ataku – mogą być z punktu widzenia agresora wręcz ujemne (w pewnych okolicznościach atak ten może generować dodatkowe zyski, zwłaszcza propagandowe).
Hodowla bandytów
Sam pomysł nie jest bynajmniej odkrywczy. Jak świat światem, przeróżne wywiady korzystały nie tylko z etatowych, profesjonalnych funkcjonariuszy, lecz także stosowały swoisty outsourcing. Pozyskiwanie informacji od podróżujących kupców albo dobrze obeznanych w cudzych słabostkach spowiedników, wykorzystanie infrastruktury pocztowej, a wreszcie powierzanie części zadań logistycznych oraz „mokrej roboty” kontrolowanym przez siebie mafiom lub pospolitym przestępcom – to wszystko sprawy dosyć dobrze znane, wielokrotnie opisywane w różnych miejscach, od fachowych instrukcji po literaturę popularną. Zwłaszcza fizyczna przemoc realizowana rękami bandytów ma długą historię. Kadrowy oficer służb specjalnych jest bowiem zazwyczaj zbyt cenny, żeby narażać go na niebezpieczeństwa związane z wymachiwaniem bronią albo podkładaniem bomb. W razie wpadki zbyt łatwo go przy tym powiązać z mocodawcami, co dla tych drugich byłoby kompromitujące.
Stosunkowo nieliczne znane wyjątki od tej reguły powodowane były profesjonalnym błędem czy pośpiechem albo szczególnym stopniem technicznego skomplikowania finalnego działania, którego amator nie byłby w stanie prawidłowo wykonać, ewentualnie przewrotną chęcią zademonstrowania siły i determinacji przez stojące za taką operacją państwo. Takie motywy mogły uzasadniać np. bezpośrednią aktywność kadrowych oficerów służb izraelskich w eliminacji rozsianych po świecie nazistów, ale też analogiczne modus operandi rosyjskiego wywiadu w zamachach na Aleksandra Litwinienkę i Siergieja Skripala na terytorium Wielkiej Brytanii czy wysadzeniu składów amunicji w czeskich Vrběticach. W praktyce znacznie częściej zdarzało się jednak, że przeróżne wywiady – nie tylko te z centralą w Moskwie – sięgały w takich przypadkach po usługi „zaprzyjaźnionych” rzezimieszków. Tak było, gdy specjalne komando strzelało w kolana sympatykom ETA w Kraju Basków. Tak było, gdy dygnitarze PRL po cichu rozkręcali aferę „Żelazo”, czyli gangsterskie napady w zachodnich Niemczech. I potem, gdy powołane przez pekińskie służby specjalne Biuro 610 tropiło na całym świecie i eliminowało członków religijnego ruchu Falun Gong. Nawet całkiem niedawno, gdy rosyjscy sponsorzy masowej migracji do Europy bardzo dbali, żeby owe „antropopotoki” (to termin ukuty przez moskiewskich ekspertów od walki asymetrycznej) zawierały odpowiedni odsetek przestępców, których następnie wykorzystywano do destabilizacji wewnętrznego bezpieczeństwa wybranych państw.
Czym innym jest jednak wykorzystanie „gotowego” przestępcy, który od czasu do czasu, w przerwie w zwykłej zbójeckiej aktywności, za pieniądze albo za jakieś niematerialne korzyści wykona brudne zlecenie na rzecz tajemniczych dżentelmenów pozostających w bezpiecznym oddaleniu, a czym innym celowe wyhodowanie takiego zleceniobiorcy. Przekształcenie normalnego, uczciwego człowieka w zabójcę, złodzieja, podpalacza. W dodatku – z założenia – jednorazowego użytku. To jest właśnie to novum, które na naszych oczach staje się jedną z podstawowych metod działania niektórych służb. Taki „doraźny agent proxy” – z punktu widzenia wywiadu pozainformacyjnego – ma liczne przewagi nad zawodowym przestępcą. Choćby takie, że jest zazwyczaj tańszy, a bodaj zawsze bardziej naiwny, więc łatwiejszy do poprowadzenia. No i zmniejsza się ryzyko wpadki lub odwrócenia gry. Środowiska przestępcze bywają infiltrowane przez inne służby oraz przez policję, więc ów „regularny bandyta” może się okazać cudzym agentem. A przypadkowy cywil? W jego przypadku prawdopodobieństwo jest bliskie zeru.
Śladami Al-Kaidy i ISIS
Jak to zwykle z innowacjami bywa, prekursorem były podmioty niepaństwowe. Gdy wywiady i kontrwywiady państw zachodnich nauczyły się w miarę skutecznie paraliżować wrażą aktywność siatek profesjonalnych terrorystów i dywersantów z organizacji islamistycznych, ci sięgnęli po doraźnie werbowanych pośredników. Kluczowym ułatwieniem był rozwój technologii – najpierw upowszechnienie się internetu i mediów społecznościowych, potem eksperymenty z kryptowalutami. Schemat był taki: na portalach i w komunikatorach typowano szczególnie podatne jednostki, potem odpowiednio obrabiano je psychologicznie, a w finale zadaniowano do rozproszonych ataków. Co prawda o niewielkiej skali i dotkliwości, ale na tyle licznych, że w ostatecznym rachunku mogły dawać polityczny efekt zbliżony do wielkich, masowych zamachów. Obieg finansowy, realizowany poza kontrolą państwowych instytucji, działał tu jako wzmacniacz dwojako – po pierwsze, generując niezbędne środki lub pomagając typować i werbować potencjalnych realizatorów, a po drugie, zapewniając dyskretne przekazywanie opłat.
Było tylko kwestią czasu, żeby po podobne instrumenty sięgnęły niektóre państwa. Jednym z pierwszych był Iran. Wykorzystał doświadczenia ugrupowań terrorystycznych, także tych, które już wcześniej aktywnie wspierał, przede wszystkim do serii ataków na obiekty związane z kulturą i religią żydowską, a także na irańskich dysydentów działających na emigracji. W Wielkiej Brytanii odsiaduje już swój wyrok niejaki Magomed-Husejn Dowtajew, obywatel austriacki pochodzenia czeczeńskiego, który najpierw został – wraz ze swym ojcem – oszukany na sporą sumę pieniędzy, a potem „naprowadzony” na londyńską siedzibę niezależnej (acz sponsorowanej przez Arabię Saudyjską) stacji TV Iran International. Tajemniczy przyjaciel przekonał go, że znajduje się tam baza jego krzywdzicieli, po czym – oferując wynagrodzenie 2,5 razy wyższe niż kwota wcześ niejszej straty – poprosił o dokonanie szczegółowego rozpoznania obiektu. Jak się potem okazało, miało ono posłużyć planowanemu zamachowi, stąd wydany w 2023 r. wyrok za współudział. Żadnych pieniędzy od zleceniodawcy Czeczen oczywiście nigdy nie zobaczył.
Płotki, które dotychczas wpadały w ręce służb bezpieczeństwa, nie zawsze wywodziły się ze społeczności islamskich. Spece z Teheranu potrafią zarzucać wędkę także w innych jeziorach. Przed londyńskim wymiarem sprawiedliwości dwa lata temu stanęli np. Nandito Badea i George Stanaeden, dwaj młodzi Rumuni. Dźgnęli nożem Pourię Zeraatiego, pracującego dla Iran International brytyjskiego dziennikarza pochodzenia perskiego. Prowadzeniem rozpoznania przed tym atakiem i śledzeniem ofiary zajął się z kolei pewien Grek.
Ostatnio, po rozpoczęciu otwartych ataków USA i Izraela na państwo ajatollahów, tego typu akcje wyraźnie się nasiliły. Za część z nich jest już sądzony w Nowym Jorku Mohammad Al-Saadi, obywatel irański zatrzymany niedawno w Turcji. Najprawdopodobniej – z ramienia kontrolowanej przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej organizacji Kata'ib Hezbollah – koordynował on grupę doraźnie pozyskanych „wolontariuszy”, którzy dokonali kilku, a planowali co najmniej kilkanaście akcji w Stanach Zjednoczonych i Europie. Do części takich ataków, przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii, przyznała się inna organizacja (Harakat Ashab al-Yamin al-Islamiya; HAYI), ale sposób działania był zbliżony. Finalnym wykonawcą byli często przypadkowi młodzi ludzie, niekiedy związani wcześniej luźno ze strukturami przestępczymi (ale niekoniecznie), zwerbowani i zadaniowani zdalnie przez tajemniczych nieznajomych, którzy w większości rozpłynęli się potem we mgle.
Ukraina na pierwszej linii
Na modyfikację rosyjskich działań w krajach Zachodu zapewne wpłynął nie tylko dobry przykład sojuszników z Teheranu, lecz także, i to w znacznym stopniu, mocne przetrzepanie zawodowej agentury, czyli kadrowych oficerów zainstalowanych w ambasadach, biznesie i mediach, na uczelniach czy w organizacjach (teoretycznie) pozarządowych. Po pełnoskalowej agresji na Ukrainę Stany Zjednoczone i liczne państwa europejskie odesłały sporą część tego towarzystwa do domu, a reszcie założyły solidne „ogony”, utrudniając zarówno działania bezpośrednie, jak i kontakty z grupami przestępczymi. Z konieczności trzeba było poszukać nowych metod.
Pomogły testy prowadzone na obszarze postradzieckim. Szczególnie intensywnie w odniesieniu do Kijowa. Wedle oficjalnych danych Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) tylko od 2022 r. około 1,2 tys. osób zostało tam oskarżonych o zdradę swego kraju w związku z aktami terroryzmu lub sabotażu (zazwyczaj podpaleniami). Co piąta z nich to osoba nieletnia. Ukraińskie Ministerstwo Sprawiedliwości podaje, że połowa tych nieletnich otrzymała wyroki pozbawienia wolności, reszta została skazana na prace społeczne lub zwolniona za kaucją. Część uniewinniono.
Schemat jest podobny. Najpierw typowanie osób podatnych z uwagi na wyrażane wcześniej lub środowiskowe sympatie prorosyjskie, niekiedy powiązania ze światem przestępczym, ale coraz częściej po prostu na trudną sytuację materialną. Potem rekrutacja – niemal w 100 proc. online, przez nieznajomych posługujących się pseudonimami. Obietnica wynagrodzenia, zazwyczaj śmiesznie niskiego jak na nasze, zachodnie standardy. Na przykład 15-letni Witalij z okolic Czernichowa, którego casus szczegółowo opisał Reuters w specjalnym raporcie, za podpalenie wraz z grupą kolegów szafek ze sprzętem łączności kolejowej miał w 2024 r. otrzymać równowartość 23 dol. Chciał je wydać na prezent dla brata lub na przybory szkolne.
Niewiele wyżej wyceniano konstruowanie i użycie, pod zdalnym nadzorem speców z rosyjskiego wywiadu, improwizowanych ładunków wybuchowych – choć to działanie i bardziej szkodliwe, i bardziej ryzykowne dla zainteresowanych (wielu młodych proxy-agentów zginęło w trakcie amatorskiego manipulowania przy tych bombach). Skala zjawiska spowodowała zresztą, że zainteresowało się nim nawet Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka, w raporcie z marca 2025 r. przyrównując wskazaną aktywność Rosjan do wykorzystywania dzieci-żołnierzy przez warlordowskie bandy w rozlicznych konfliktach hybrydowych globalnego Południa. Oczywiście, starsi też padają ofiarą podobnego werbunku, ale zdesperowane i naiwne nastolatki są nań szczególnie podatne, a poza tym tańsze.
Rekrutacja proxy-szpiegów oraz ich działanie nie ogranicza się do Ukrainy. W zeszłym roku w co najmniej połowie przypadków rosyjskiego sabotażu w całej Europie mieliśmy już do czynienia z opisanym schematem zdalnego angażowania, zadaniowania i kontroli (charakterystyczny jest wymóg zrobienia zdjęcia lub nagrania filmu w celu udokumentowania ataku, a następnie przekazania go zleceniodawcy przez kolejnych pośredników). W pierwszych miesiącach 2026 r. odsetek tego typu ataków systematycznie rośnie. Coraz częściej w roli głównej pojawiają się w nich nastolatki – już kilkunastu zostało aresztowanych m.in. w Polsce, na Litwie, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Autorzy scenariusza, reżyser i inspicjent pozostają za kulisami, ale wiele tropów i poszlak wskazuje, że działają z Rosji.
Szybki wypad po gotówkę
Bezpośrednimi wykonawcami aktów dywersji i terroru bywają przedstawiciele różnych nacji. Na przykład w połowie 2025 r. za podpalenia magazynów ze sprzętem satelitarnym przeznaczonym dla walczącej Ukrainy, a także za atak na restaurację i próbę porwania jej właściciela (znanego z krytykowania Władimira Putina) londyński sąd skazał w odrębnych postępowaniach obywateli brytyjskich: Dylana Earla, Jake’a Reevesa, Nii Koyo Mensaha, Jakeema Rose’a i Ugniusa Asmenę (wszyscy w wieku 20–23 lat). Udział Ukraińców pozostaje jednak znaczący – można domniemywać, że to nie tylko kwestia względnej łatwości rekrutacji, lecz także rachuba zleceniodawcy na dodatkowe zyski polityczne i propagandowe. Niespełna tydzień temu w Londynie skazany został Roman Ławrynowycz, 22-letni obywatel Ukrainy. W zeszłym roku próbował on dokonać podpalenia nieruchomości i samochodu związanych z premierem Keirem Starmerem. Działał na polecenie tajemniczej osoby, którą znał jako „El Money”, kontaktującej się z nim przez komunikator Telegram i poznanej tam przy okazji poszukiwania pracy na budowie. Relacja rozwijała się przez siedem miesięcy. Ławrynowycz wcześniej otrzymywał pieniądze za rozwieszanie plakatów w Londynie, zaś część płatności realizowana była w kryptowalutach. Wraz z nim byli sądzeni dwaj inni Ukraińcy (w tym jeden z rumuńskim paszportem). W trakcie procesu wszyscy zaprzeczyli, jakoby znali Starmera, ponoć w ogóle nie wiedzieli, kogo w gruncie rzeczy atakują, wskazali natomiast, że podjęli się „tej pracy”, ponieważ gwałtownie potrzebowali pieniędzy. W przypadku Ławrynowycza – aby pomóc choremu ojcu.
– Oczywiste jest, że celem operacji było wzbudzenie strachu u premiera oraz zaatakowanie Wielkiej Brytanii, ale dla wykonawców był to „szybki wypad po gotówkę” – skomentowała w brytyjskich mediach Helen Flanagan, szefowa struktur londyńskiej policji odpowiedzialnych za zwalczanie terroryzmu. Rosyjskie tuby propagandowe wykorzystały oczywiście dogodną okazję, by szczuć opinię publiczną przeciwko Ukraińcom jako „narodowi genetycznych bandytów”.
Co ciekawe, z brytyjskiego śledztwa wynika, że zleceniodawcą w podobnych przypadkach nie zawsze bywają rosyjskie służby specjalne. Nieoficjalnie wiadomo, że policja i kontrwywiad rozpatrywały też inne hipotezy – z innymi, sojuszniczymi wobec Rosji ośrodkami (Białorusią, ale także Gruzją) w roli głównej. Część tropów miała prowadzić do kręgu współpracowników Ramzana Kadyrowa, lojalnego wobec Putina lidera czeczeńskiego, a także do bliżej nieznanych oligarchów rosyjskich, którzy jakoby chcieli w ten sposób podlizać się swemu prezydentowi.
To zresztą niewiele zmienia, ostatecznym beneficjentem i tak jest Kreml. Niezależnie od tego, kto zleca konkretną akcję, nie wystarczy zwiększenie liczby patroli w newralgicznych miejscach, doskonalenie procedur ochrony infrastruktury krytycznej ani postawienie ochroniarza nawet przy każdym krytyku rosyjskiej polityki. Nie wystarczy też wzmocniony monitoring potencjalnych sprawców, bo jest ich zbyt wielu i są zbyt trudni do wyprzedzającej identyfikacji.
Oczywiście, tego typu działania też mają sens, ale trzeba jeszcze czegoś bardziej subtelnego. Żeby nie dać się zastraszyć i sparaliżować spodziewanej fali „proxy-ataków” dywersyjnych i terrorystycznych, niezbędna jest szerzej zakrojona akcja obejmująca także ofensywne działania wywiadowcze (bo informacje o planowanych operacjach najłatwiej pozyskać u źródła), a także kampania edukacyjna wskazująca potencjalnym „proxy-agentom”, że tajemniczy przyjaciele z internetu bynajmniej nie są bezinteresownymi dobroczyńcami, że zamierzają ich wykorzystać i porzucić. To wszystko zaś wymaga skoordynowanych działań międzysojuszniczych, na poziomie bardzo różnych instytucji, tych tajnych także. I, last but not least, poprawy atmosfery w relacjach polsko-ukraińskich na poziomie jednostek, żeby nie ułatwiać roboty rosyjskim macherom. ©Ⓟ
Witold Sokała
wykładowca Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, przewodniczący Rady i analityk Fundacji Po.Int, publicysta DGP, Fot. Wojtek Górski

