Tusk przejmuje język prawicy i ryzykuje własny elektorat
We wtorek, podpisując rekomendacje dotyczące local content, Donald Tusk po raz kolejny mówił o „nacjonalizmie gospodarczym, ale w dobrym tego słowa znaczeniu”. Zapowiedział twarde stawianie na polskie firmy i pilnowanie, by uczestniczyły w największych inwestycjach prowadzonych w kraju. Nie był to lapsus ani jednorazowy ukłon w stronę prawicowego elektoratu. Już wcześniej premier mówił o repolonizacji gospodarki, narodowych interesach i państwowym egoizmie. „Najpierw polskie” ma być zasadą przy wydawaniu publicznych pieniędzy. Polska ma przestać być naiwna, przestać dawać się rozgrywać silniejszym partnerom i zacząć pilnować przede wszystkim własnego interesu. „Nie ma już w Polsce frajerów” – ogłosił Tusk podczas jednej z wcześniejszych prezentacji programu local contentu.
Samo wspieranie polskich firm nie jest oczywiście prawicowe. Państwo może wykorzystywać zamówienia publiczne do rozwoju własnego przemysłu. Po pandemii i rosyjskiej inwazji na Ukrainę nawet najbardziej liberalne rządy w Europie zaczęły mówić o bezpieczeństwie dostaw, odporności gospodarki i strategicznych sektorach. Kapitał może nie mieć paszportu, ale fabryki, podatki i miejsca pracy zawsze znajdują się w konkretnym kraju.
Tylko ten słownik... Przez lata posługiwała się nim przede wszystkim prawica, oskarżając liberalne centrum o naiwność wobec zagranicznego kapitału, Unii Europejskiej i globalizacji. Dziś coraz swobodniej sięga po niego premier rządu, który miał być dla prawicy alternatywą.
Podobnie jest z granicą. Polska ma prawo bronić się przed operacją hybrydową z Białorusi. Może kontrolować, kto wjeżdża na jej terytorium, i wymagać przestrzegania prawa. Nie trzeba być narodowcem, by uznać, że polityka migracyjna nie może polegać na braku polityki. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzia sprawnego państwa stają się częścią prawicowej opowieści o świecie.
Rządową strategię migracyjną nazwano „Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo”. Tusk zawiesił możliwość składania wniosków o ochronę międzynarodową na granicy z Białorusią, sprzeciwia się relokacji migrantów i coraz mocniej łączy migrację z bezpieczeństwem państwa. W centrum debaty są dziś kontrola, zagrożenie i obrona własnej wspólnoty.
Polityczna kalkulacja jest czytelna. PiS i Konfederacja zbudowały swoją przewagę na kilku prostych pytaniach: kto ochroni granicę, kto zagwarantuje pierwszeństwo interesom Polaków, kto obroni krajowe firmy przed silniejszym zagranicznym kapitałem. Tusk coraz rzadziej kwestionuje sposób, w jaki prawica te pytania stawia. Próbuje za to udowodnić, że potrafi udzielić lepszej odpowiedzi.
Ta strategia może działać na własny elektorat. Wyborcy KO nie są tak liberalni w sprawach migracji, jak lubią ich przedstawiać przeciwnicy. W badaniu Opinii24 dla More in Common 87 proc. z nich zgodziło się, że Polska powinna odzyskać pełną kontrolę nad tym, kogo wpuszcza przez granice. Jednocześnie jednak tylko 8 proc. chciało zmniejszenia liczby cudzoziemców przyjeżdżających do kraju.
To zasadnicza różnica. Wyborcy Tuska chcą sprawnego państwa, niekoniecznie państwa zamkniętego. Mogą popierać szczelną granicę i nie uznawać migrantów za zbiorowe zagrożenie. Mogą oczekiwać wsparcia polskich firm, nie traktując każdego zagranicznego inwestora jak podejrzanego. Twarda polityka nie musi ich więc odstraszać. Może nawet działać odwrotnie. Duża część elektoratu KO przyjmuje stanowisko premiera i razem z nim zmienia sposób myślenia o migracji czy gospodarce. Problem w tym, że Tusk może przekonać część swoich wyborców do niektórych prawicowych diagnoz, nie przekonując do siebie wyborców prawicy. Wyborca PiS lub Konfederacji ma już polityków, którzy mówili, że migracja jest przede wszystkim zagrożeniem, a gospodarka starciem narodowych interesów, gdy Tusk używał zupełnie innego języka. Po co wybierać późnego naśladowcę, skoro można pozostać przy oryginale?
A co z bardziej lewicową częścią elektoratu KO? Przez pewien czas może ona głosować na Tuska strategicznie, bo nadal widzi w nim jedyną realną zaporę przed powrotem PiS. Taka lojalność ma jednak swoje granice. Zwłaszcza że polityczna strata nie zawsze polega na odpływie wyborców do innych partii. Czasem objawia się słabszą frekwencją, mniejszą mobilizacją i przekonaniem, że nie ma już czego bronić.
Podobny eksperyment przeprowadził brytyjski premier Keir Starmer. Zaostrzał politykę migracyjną i ostrzegał, że Wielka Brytania może się stać „wyspą obcych”. Partia Pracy miała tym przekonać wyborców ultraprawicowej Reform UK, że centrolewica także potrafi być twarda, tylko rozsądniej, spokojniej i bez Nigela Farage’a. Co pokazały badania? Że Labour zaczęto postrzegać jako ugrupowanie bardziej antyimigracyjne, a sama migracja stała się dla respondentów ważniejszym problemem. Poparcie dla partii jednak nie wzrosło. Pogorszyła się za to ocena Starmera.
Wybory lokalne w maju 2026 r. ujawniły, gdzie pojawiły się największe straty. Spośród wyborców Labour z 2024 r., którzy ponownie poszli do urn, tylko 46 proc. pozostało przy partii. Do Reform UK odeszło 6 proc., do Zielonych 22 proc., a do Liberalnych Demokratów 16 proc. Starmer stracił więc niemal cztery razy więcej wyborców na rzecz Zielonych niż na rzecz partii Farage’a.
Nie znaczy to, że to sam prawicowy język doprowadził Partię Pracy do kryzysu. Brytyjczycy oceniali również gospodarkę, usługi publiczne, politykę budżetową i samego premiera. Wniosek jest skromniejszy, ale dla Starmera równie bolesny: zwrot w stronę Reform UK ani nie odebrał prawicy jej wyborców, ani nie uchronił jego partii przed odpływem jej własnych na lewą stronę. Dla Tuska najbardziej ryzykowny byłby podobny układ: prawica zachowuje własny elektorat, a część wyborców KO odpływa do Lewicy albo rezygnuje z udziału w wyborach.
Tusk nie jest Starmerem, a Polska Wielką Brytanią. Kryzys na granicy z Białorusią ma realny wymiar bezpieczeństwa. Gospodarczy patriotyzm może połączyć wyborców prawicy, centrum i lewicy. Konkurencja po progresywnej stronie też jest w Polsce słabsza niż w Wielkiej Brytanii. Brytyjski przykład nie jest więc przepowiednią. Pokazuje jednak, że przejęcie języka przeciwnika może zmienić temat debaty, nie zmieniając politycznych sympatii wyborców.
Na tym polega ryzyko całej operacji. Dla wyborców PiS i Konfederacji Tusk pozostanie Tuskiem, nawet gdy zacznie mówić ich językiem. Dla części własnego obozu może za to przestać być politykiem, którego warto wspierać. Prawica zachowa swoich, a premier może zgubić część własnych. Trudno o gorszy bilans. ©Ⓟ
Daria Al Shehabi
Fot. Wojtek Górski

