Zawiedzeni zawodami przyszłości
Dzisiejsi absolwenci mierzą się z paradoksem. Słyszą z jednej strony, że modele językowe zmiotą miliony miejsc pracy, z drugiej – że muszą się nauczyć korzystać z AI, jeśli nie chcą zostać w tyle

Przemówienia z okazji wręczenia dyplomów to sezonowy rytuał na amerykańskich uczelniach. Luminarze biznesu, polityki i popkultury próbują porwać młodych ludzi wizją świata nieograniczonych możliwości, ofiarowując im przypowieści o wytrwałości, burzeniu schematów i podnoszeniu się po porażkach skrojone z wygładzonych wersji własnych biografii. Kiedyś Steve Jobs namawiał ich, by nie marnowali życia na podążanie za cudzymi opiniami i dogmatami, Taylor Swift zachęcała do oswojenia śmieszności (cringe’u), a Oprah Winfrey uświadamiała, że potknięcia nie są dowodem słabości, lecz sygnałem, że trzeba skorygować kurs. W tym roku na kampusach w całych Stanach Zjednoczonych słychać było buczenia i gwizdy wyrażające narastające obawy o wartość wyższego wykształcenia w czasach, w których duże modele językowe coraz bardziej rozpychają się na rynku pracy.
Koniec z entuzjazmem
Zaczęło się w połowie maja na Uniwersytecie Centralnej Florydy. Znana menedżerka z branży nieruchomości Gloria Caulfield z ekscytacją oznajmiła absolwentom, że „rozwój sztucznej inteligencji to kolejna rewolucja przemysłowa”. Bezlitosne buczenie na widowni wyraźnie zbiło ją z tropu. Z podobną reakcją spotkał się na Uniwersytecie Arizony były prezes Google’a Eric Schmidt, gdy przekonywał, że AI wywoła większy przełom niż ten, który cztery dekady temu przyniosły komputery.
Na Middle Tennessee State University gwizdy zakłóciły wystąpienie Scotta Borchetty, szefa wytwórni płytowej Big Machine, który zachwycał się tym, jak sztuczna inteligencja zmienia proces tworzenia muzyki. – Pogódźcie się z tym – rugał zagłuszającą go młodzież. – To, czego nauczyliście się na pierwszym roku studiów, może już być przestarzałe – dodał.
Trudno się dziwić tym reakcjom. Pierwsze roczniki rozpoczynające drogę zawodową w dobie gorączkowego wdrażania AI i zalewu internetu slopem mierzą się z uporczywym paradoksem. Słyszą z jednej strony, że modele językowe zmiotą miliony miejsc pracy, z drugiej – że muszą nauczyć się korzystać z AI, jeśli nie chcą zostać w tyle i przegapić pociągu do „zawodów przyszłości”. Ich frustrację dobrze ilustrują badania Gallupa. Osoby z pokolenia Z, które jeszcze całkiem niedawno uchodziły za zapalonych amatorów sztucznej inteligencji, są coraz bardziej rozgoryczone jej wpływem na ich życie. Prawie jedna trzecia młodych Amerykanów twierdzi, że AI budzi w nich złość. Rok wcześniej było to 22 proc. Czterech na dziesięciu przyznaje, że z niepokojem obserwuje kierunek rozwoju tej technologii. Już tylko u 22 proc. zetek wzbudza ona ekscytację, co oznacza spadek o 14 pkt proc.
Narastający sceptycyzm w dużej mierze napędzają obawy, że sztuczna inteligencja prowadzi do intelektualnej atrofii i zaniku kompetencji społecznych. Osiem na dziesięć osób w wieku 18–28 lat jest zdania, że AI sprzyja lenistwu, a dwie trzecie badanych martwi się, że zdawanie się na chatboty w zadaniach wymagających wysiłku umysłowego pozbawia ich szansy na rozwijanie kompetencji i osłabia zdolność do krytycznej refleksji. „Sztuczna inteligencja promuje natychmiastową gratyfikację, a nie rzeczywiste zrozumienie” – powiedział jeden z respondentów.
Prawie połowa zatrudnionych zetek uważa, że ryzyko związane z używaniem tej technologii do pracy przewyższa korzyści (wzrost: 11 pkt proc.). Ich stosunek do AI jest jednak zabarwiony ambiwalencją. Wielu młodych Amerykanów się do niej zraziło, ale nie na tyle, by przestać z niej korzystać. Ponad połowa deklaruje, że rozmawia z chatbotami przynajmniej raz w tygodniu. Większość przyznaje też, że narzędzia te pomagają im szybciej uporać się z obowiązkami służbowymi.
Potem się zobaczy
Przekonanie, że każdego, kto nie wskoczy na falę AI, czeka lawirowanie między nisko płatnymi fuchami, podsycają nie tylko elity Doliny Krzemowej, lecz także same uczelnie. Amerykańscy rektorzy wydają dziś miliony dolarów na dostęp do platform opartych na LLM-ach. Uniwersytet Stanu Kalifornia, największy w kraju system uczelni publicznych (460 tys. studentów i 63 tys. pracowników na 23 kampusach), w 2025 r. podpisał z OpenAI umowę na zakup 0,5 mln licencji na ChatGPT Edu. Roczny rachunek opiewa na blisko 17 mln dol. Kontrakt, reklamowany jako wehikuł do budowy kadry na miarę algorytmicznej gospodarki, wywołał ferment w społeczności akademickiej. Na skutek cięć budżetowych uniwersytet stracił w tym roku 144 mln dol., przez co wiele jednostek, które już wcześniej musiały szukać oszczędności, redukując zatrudnienie i likwidując kursy, musiało jeszcze mocniej zacisnąć pasa.
Podobną współpracę, choć na mniejszą skalę, nawiązały z firmami technologicznymi również inne uczelnie. W grudniu zeszłego roku Bloomberg podał, że w samych Stanach Zjednoczonych OpenAI sprzedało ponad 700 tys. licencji na ChatGPT Edu 35 publicznym uniwersytetom, umacniając się na pozycji niekwestionowanego lidera rynku edukacyjnego. Rzeczywista liczba takich umów jest z pewnością dużo wyższa, bo prywatne instytucje nie mają obowiązku ujawniać swoich zakupów, a w „innowacyjne” produkty inwestują jeszcze większe pieniądze.
Początkowo władze uczelniane podchodziły do narzędzi AI z podejrzliwością. Gdy wykładowców zaczęły zalewać prace w szablonowym, mechanicznym stylu, których język nie zdradza śladów osobowości, niektóre uniwersytety wprowadzały oficjalne zakazy używania chatbotów. Szybko stało się jednak jasne, że restrykcje nie działają, więc zamiast podtrzymywać fikcję, otworzyły się na nowe narzędzia, licząc, że zasady i sposoby ich wykorzystywania wyłonią się metodą improwizacji. Chociaż nadal brakuje wymiernych dowodów na to, czy i jaką wartość dodaną wnosi do edukacji sztuczna inteligencja, wygrało popularne w branży technologicznej podejście „najpierw wdrażamy, potem szukamy zastosowania”. Zwłaszcza że liderzy spółek AI nieustannie pompowali narrację, że przed upływem dekady modele językowe wymażą połowę stanowisk biurowych niskiego szczebla. Jeśli potraktować to jako element kampanii marketingowej, to się udało. Przyciągnęli wielu lojalnych klientów. Uczelnie uznały, że przyłączając się do rewolucji, zapewnią swoim studentom przewagę na starcie. Wykładowcy, namawiani do zaprzęgania LLM-ów do nauki, na siłę dorabiali „kreatywne” zastosowania, odpychając od siebie myśl, że sami budują dla siebie skansen.
Ostatnie dwa lata to także boom na kierunki AI. Dziekani się zarzekają, że nie są to szkolenia z tworzenia promptów w akademickim opakowaniu, lecz interdyscyplinarne programy obejmujące m.in. zajęcia z modelowania z użyciem uczenia maszynowego, bioinformatyki, robotycznej manipulacji czy etyki komputerowej. Przynajmniej w części przypadków kierunki te w praktyce niewiele się jednak różnią od studiów informatycznych.
Wrażliwość na AI
Badania Gallupa odsłaniają nowy problem: absolwenci college’ów i uniwersytetów znacznie gorzej oceniają dziś swoje perspektywy zawodowe niż osoby bez dyplomu. Jeszcze do 2024 r. było odwrotnie. Zaledwie 19 proc. Amerykanów z wyższym wykształceniem uważa dziś, że to dobry moment na znalezienie atrakcyjnej pracy. Cztery lata temu taką opinię wyrażało ponad 70 proc.
Najbardziej ponure nastroje panują w pokoleniu Z i nie tłumaczą ich tylko złowieszcze prognozy automatyzacji. Jak wynika z analizy Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, stopa bezrobocia wśród 22–27-latków, którzy niedawno opuścili kampusy, sięgnęła w I kw. 2026 r. 5,7 proc. – wyraźnie powyżej wskaźnika dla ogółu pracowników (4,3 proc.). Prawie połowa zetek z wyższym wykształceniem jest zatrudniona na stanowiskach niewymagających dyplomu.
Mimo niskiego bezrobocia i wiosennej lawiny ofert pracy firmy zachowują się nietypowo: rekrutują mało nowych osób i nie przeprowadzają zbyt wielu zwolnień. Ekonomiści opisują taką sytuację gospodarczą jako „low-hire, low-fire”. Tempo zatrudnienia – odsetek nowych pracowników w całej sile roboczej – od miesięcy nie przebija 3,5 proc., a więc pozostaje bliżej poziomu spowolnienia po kryzysie 2008 r. niż okresów ożywienia. Modele językowe na razie nie pustoszą rynku pracy, ale branże, które inwestują w nie najwięcej, takie jak technologie i finanse, odchudzają swoje załogi. Microsoft w ubiegłym roku pozbył się 15 tys. osób, zaś Amazon od jesieni skasował na całym świecie 30 tys. etatów. Meta odprawiła w maju 8 tys. pracow ników (10 proc. personelu), a PayPal ogłosił likwidację 5 tys. stanowisk (20 proc.). Zwolnienia przeprowadziły też m.in. Oracle, Pinterest, Block i Atlassian. W każdym przypadku decyzję uzasadniano poprawą efektywności dzięki sztucznej inteligencji.
Niektórzy twierdzą, że to zapowiedź masowego wycinania białych kołnierzyków, lecz jest zbyt wcześnie na kategoryczne diagnozy. Wczesne badania wpływu AI prowadzą do sprzecznych wniosków. Katastroficzne przewidywania uwiarygodnia analiza ekonomistów z Uniwersytetu Stanforda Erika Brynjolfssona, Bharata Chandara i Ruyu Chena, którzy wykazali, że w zajęciach podatnych na automatyzację (takich jak obsługa klienta i rozwój oprogramowania) zatrudnienie 20-parolatków było o 16 proc. niższe niż w zawodach odporniejszych na sztuczną inteligencję. Według ich danych stanowiska juniorskie zaczęły wyparowywać krótko po premierze ChatGPT w listopadzie 2022 r. Rekrutacja na wyższe stanowiska dalej jednak kwitła. W branżach szybko adaptujących nową technologię zatrudnienie młodych pracowników zmalało o 6 proc., a bardziej doświadczonych wzrosło o 6–9 proc.
Inny obraz kreślą ekonomiści z Google’a Zanna Iscenko i Fabien Curto Millet. Ich badanie wykazało, że w branżach wrażliwych na AI zmalała liczba ofert zarówno dla osób rozpoczynających karierę, jak i tych z długim stażem, a trend ten wiąże się bardziej z rosnącymi stopami procentowymi i pogorszeniem warunków makroekonomicznych niż upowszechnieniem modeli językowych.
„Najważniejsze pytania dotyczące wpływu AI na rynek pracy nadal pozostają bez odpowiedzi” – podsumowuje Jed Kolko z Peterson Institute for International Economics. Jednym z powodów jest to, że LLM-y i ich zastosowania zmieniają się w zawrotnym tempie – modele są dziś dużo bardziej zaawansowane niż rok temu i wchodzą w coraz to nowe obszary, więc nawet najbardziej rzetelne wyniki mogą się szybko zdezaktualizować. Badacze nie zdążyli jeszcze wypracować wystandaryzowanych definicji zawodów wrażliwych na AI ani uzgodnić, jak mierzyć jej efekty. Co więcej, Kolko podkreśla, że interpretowanie sygnałów z rynku pracy wyłącznie przez pryzmat sztucznej inteligencji jest problematyczne, bo na rotację w danej branży mogą wpływać inne czynniki, m.in. nadmierne zatrudnianie w czasie pandemii, wojna celna czy zależność od imigrantów. Ostatnie zwolnienia w big techu to w dużej mierze korekta kursu po wyścigu o talenty w latach 2021–2022, kiedy wiele spółek rekrutowało na potęgę, podnosiło wynagrodzenia i oferowało możliwość pracy z domu. „CEO może łatwiej obwinić AI za zamrożenie naboru lub cięcia, niż przyznać, że firma zatrudniła zbyt wielu ludzi” – kwituje Kolko.
Jest też inne wyjaśnienie, dlaczego tak wiele zetek z dyplomami grzęźnie u progu kariery: praca zdalna. Ekonomiści z Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku stawiają tezę, że w zawodach niewymagających obecności na miejscu menedżerowie rzadziej przyjmują do zespołów młode osoby, bo trudniej jest je wyszkolić i nadzorować na odległość. Na dodatek mogą być one mniej produktywne, nawet gdy nabiorą doświadczenia.
Opłaca się studiować?
Bolączki dzisiejszych absolwentów są o tyle niepokojące, że ukończenie studiów w czasie rekrutacyjnego spowolnienia negatywnie odbija się na całej drodze zawodowej. Lina Khan, profesor prawa na Columbia University i była szefowa Federalnej Komisji Handlu, odkryła, że kandydaci rozpoczynający karierę w niesprzyjających warunkach zarabiają mniej niż ci, którzy mają szczęście trafić na dobrą koniunkturę. Choć z czasem luka się kurczy, to utrzymuje się jeszcze po 15 latach. Niższe wynagrodzenie wynika w dużej mierze z tego, że gdy gospodarka wyhamowuje, pracodawcy ograniczają zatrudnienie. Uruchamia się spirala: młodzi ludzie grzęzną na stanowiskach poniżej swoich kwalifikacji, a doświadczenie baristy w Starbucksie nie ułatwia starań o stanowisko dopasowane do wykształcenia. Ekonomiści zauważyli, że osoby z trudnym startem zawodowym w średnim wieku częściej się rozwodzą i prowadzą niezdrowy styl życia, który naraża je na wyższe ryzyko przedwczesnej śmierci.
Sztuczna inteligencja ożywiła powracającą w momentach niepewności dyskusję o tym, czy dyplom uczelni jest wciąż opłacalną inwestycją. Wyższe wykształcenie staje się w Stanach Zjednoczonych coraz bardziej dobrem luksusowym – w ostatnich 50 latach rachunek za studia wystrzelił ponad trzykrotnie (po uwzględnieniu inflacji). Szybujące koszty robią szczególne wrażenie, gdy zestawi się je z domowymi budżetami: w 1974 r. czesne za czteroletnie studia na publicznym college’u stanowiło ok. 9 proc. mediany dochodu (11,1 tys. dol.), w 2024 r. – już ponad jedną trzecią (83,7 tys. dol.). W nadchodzącym roku akademickim po raz pierwszy w historii opłaty na kilkunastu elitarnych uczelniach przebiją barierę 100 tys. dol. Na liście znajdują się m.in. New York University, Duke University i Georgetown University. ©Ⓟ
Emilia Świętochowska

