Po drugiej stronie potłuczonego lustra
Nie ma jednej kobiety średniowiecza. Jest kalejdoskop odmiennych doświadczeń, sprzecznych pragnień, indywidualnych motywacji i kontrastowych wyborów dokonywanych w różnych epokach, wśród odmiennych okoliczności politycznych, zwyczajów, praw i modeli dziedziczenia

Czy europejskie średniowiecze pozostaje najmniej zrozumianą epoką historyczną? Gdy spojrzeć od strony stereotypu – pewnie tak. Ale historycy od dawna wiedzą, że świat średniowiecza nie mieści się w schematach, choćby z uwagi na to, że obejmuje tysiąc lat skomplikowanych dziejów zróżnicowanego kontynentu. Historiografia ma więc ze średniowieczem problem innej natury: rzecz w tym, jak w wielkich syntezach porównywać ze sobą to, co nieporównywalne – zestawienie krajobrazu społeczno-politycznego po upadku Rzymu w V stuleciu (niewielu zresztą zauważyło wówczas ten upadek) z wyrafinowaną cywilizacją miejską i handlową wieków XIV czy XV wypada dość absurdalnie. Sens ma raczej mówienie o wielu średniowieczach w zależności od tego, co nas interesuje: historia technologii, nauki, religii, władzy, pieniędzy czy pracy. Albo płci.
Byłbym wszelako niesprawiedliwy dla znakomitej książki Anny Brzezińskiej „Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet”, gdybym próbował ją na siłę wetknąć na jakąś konkretną półkę. Brzezińska stosuje metodę znaną z podejścia mikrohistorycznego (weźmy tu jako przykład choćby słynny „Ser i robaki” Carla Ginzburga, odtwarzający dzieje pewnego północnowłoskiego procesu inkwizycyjnego z XVI w.), które zakłada, że niekiedy wgląd w przeszłość przez małe okienko bywa bardziej instruktywny niźli wgląd przez szeroko otwarte wrota; że studium konkretnego przypadku pozwala na głębokie zrozumienie minionych społeczeństw, dostrzeżenie tego, co było w nich odmienne. Nie chodzi bowiem o szukanie podobieństw, ale właśnie o uchwycenie (i zaakceptowanie) logiki odmienności, nawet jeśli ostatecznie i tak dostrzegamy w ludzkich losach rozmaite odwieczne, uniwersalne prawidłowości.
Eseistyczne portrety kobiet
W „Cierpliwych Genowefach…” mamy więc 50 mikrohistorycznych portretów kobiet – od bezimiennej uczennicy z żeńskiego klasztoru w Essen z IX w., która pragnęła jak najwięcej czytać, po siostrę Mariettę z XV-wiecznego florenckiego konwentu, która zajmowała się zecerstwem (drukarstwo właśnie zaczęło bezpowrotnie zmieniać świat). Te portrety składają się w sumie na książkę solidnych rozmiarów – ponad 500 stron z bibliografią – ale nie ma potrzeby czytania owego tomiszcza za jednym zamachem (chyba że was wciągnie, tak jak mnie wciągnęło). W sumie zalecałbym nawet lekturę powolną: dzięki temu można docenić formę, jaką Brzezińska nadała swojej opowieści. Wspomniane portrety nie są suchymi wyliczeniami faktów, lecz literackimi narracjami – niewielkimi esejami skrzyżowanymi z felietonem. Bywają ironiczne, sarkastyczne, zabawne, wzruszające, przerażające. Czuje się tu, że Brzezińska jest zawodową pisarką, zresztą o dużym dorobku – kto czyta dobre fantasy, ten wie. Ale Brzezińska jest również historyczką obdarzoną sporą erudycją i niebanalnym warsztatem popularyzatorskim.

Anna Brzezińska, „Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet”, Marginesy, Warszawa 2026
Anna Brzezińska, „Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet”, Marginesy, Warszawa 2026
Trzeba pamiętać o tym, że wybór metody mikrohistorycznej podyktowany jest czymś jeszcze: skromnością i fragmentarycznością źródeł. Autorka zbiera kawałki potłuczonego lustra z pełną świadomością, że nie da się go na powrót złożyć w całość. Z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że kobiety rzadko były podmiotami własnej narracji. „Wiedza o przeszłości, zwłaszcza o przeszłości kobiet, pozostaje frustrująco niekompletna (...)” – pisze Brzezińska. „Zazwyczaj spoglądamy na nie oczyma mężczyzn, którzy wytworzyli większość średniowiecznych źródeł. Z rzadka tylko [kobiety] przemawiają (...) własnym głosem, a i wówczas nie relacjonują spójnej i pełnej historii”.
Po drugie zaś z tej przyczyny, że „nie ma (...) jednej kobiety średniowiecza czy jednej historii do opowiedzenia. Jest kalejdoskop odmiennych doświadczeń, sprzecznych pragnień, indywidualnych motywacji i kontrastowych wyborów dokonywanych przez różne kobiety w różnych epokach i organizmach państwowych, wśród odmiennych okoliczności politycznych, zwyczajów, praw i modeli dziedziczenia. Losy średniowiecznych kobiet określała nie tylko płeć, choć wszystkie były córkami Ewy i wszystkie przygotowywano do roli żony i matki. Może nawet w większym stopniu wpływały na nie pochodzenie, majątek czy pozycja społeczna”.
Równouprawnienie zaczęło się w średniowieczu
Ale w posklejanym lustrze również można się przejrzeć. A może: wejść w nie, niczym Alicja. Rzeczywistość po drugiej stronie będzie osobliwa. Brzezińska pokazuje bowiem, że rozpoczęte w oświeceniu projekty emancypacyjne (ostatecznie zaowocowały one w dużej mierze skuteczną walką o równouprawnienie kobiet i całym teoretycznym oraz praktycznym dorobkiem feminizmu) postulowały rozmaite rozwiązania, które w średniowieczu już znano. To zaciskający się gorset nowoczesności – od reformacji i kontrreformacji przez wojny religijne XVI i XVII w., imperializm i kolonializm, rewolucję przemysłową i rozwój wielkich metropolii, aspirującą kulturę mieszczańską po zaoceaniczny purytanizm oraz myślenie totalitarne – zaczął normalizować (i przy okazji demonizować) myślenie o relacjach płci. Średniowiecze ze swoją niesłychaną różnorodnością języków, systemów społecznych, praw zwyczajowych, starych tradycji i przyzwyczajeń dostarczało ogromnej liczby niestandardowych rozwiązań problemów, które wydają się nam typowe. Jedyną siłą uniwersalizującą w tym (wszech)świecie był Kościół, ale także Kościół, jak demonstruje Brzezińska, bywał nader elastyczny.
Na jedną sprawę jednak Brzezińska – jako historyczka – zwraca uwagę: nie da się wyrwać instytucji społecznej z jej kontekstu. Instytucje społeczne stanowią rozwiązania pewnych lokalnych układów równań, gier interesów i oczekiwań. Dlatego nie da się, przykładowo, bezpośrednio porównać dzisiejszego polskiego sporu o związki partnerskie z przypadkiem opisywanym przez Brzezińską w rozdziale „XLVIII. María Marín zostaje notarialnie konkubiną”. Niemniej to fakt: w 1481 r. w Saragossie można było zostać parą urzędowo, „lecz jedynie na jakiś czas i bez mieszania do tego Kościoła”. Przypadków takich – niestereotypowych z naszego punktu widzenia – transgresji Brzezińska podaje znacznie więcej. Poczytamy więc o kobietach, które w pewnych okolicznościach historycznych mogły działać jako rycerze, szeryfowie, sołtysi, szefowie książęcych psiarni (brak feminatywów jest tu zamierzony – chodzi bowiem o męskie role będące udziałem kobiet). Innym wątkiem przewijającym się przez całą książkę są spory i oskarżenia sądowe (ludzie średniowiecza uwielbiali się procesować): o alimenty, o samowolę budowlaną, o zadośćuczynienie, o wolną miłość – ich rozstrzygnięcia bywają bardzo zaskakujące. Jeszcze innym: historie o „kobiecych republikach”, czyli miejscach takich jak zakony, beginaże czy sekty, w których chroniły się mistyczki i intelektualistki, dochodząc niejednokrotnie do wniosku, że to w gronie kobiet można wiernie naśladować Chrystusa i obmyślać nowy porządek świata.
Celowo nie wchodzę w szczegóły, bo z odkrywania przewrotności tych niedługich narracji czerpie się autentyczną przyjemność. Czasami zaś są to opowieści dramatyczne niczym współczesne historie true crime – jak rozdział „IX. Muta krzyczy w nocy”. „Na początku 1286 roku do bolońskiego sądu wpłynęło zawiadomienie o gwałcie popełnionym na Lucii, zwanej Mutą, czyli Niemą”. Sprawę owego gwałtu, dokonanego przez paru mieszkańców Bolonii na bezprizornej sierocie sprzedającej swoje ciało za pieniądze, Brzezińska wykorzystuje, by zrelacjonować przemiany samego pojęcia gwałtu – od zwyczajowych porwań uważanych niejednokrotnie za znakomitą formę zawarcia małżeństwa po chrześcijańską refleksję na temat podmiotowości kobiety w oderwaniu od jej statusu i pochodzenia. Sędzia, do którego pod koniec XIII w. w Bolonii trafiła owa sprawa, dostrzegał już, że ma do czynienia z przemocą seksualną. W dodatku był dociekliwy. Przesłuchał podejrzanych, świadków, ekspertów medycznych. Efekty były interesujące: „W tym postępowaniu najwięcej do powiedzenia miały ubogie, niezamężne kobiety (...), [które] na wyprzódki występowały w obronie ubogiej kobiety z niepełnosprawnością, ofiary brutalnego zbiorowego gwałtu. Tymczasem mężczyźni wykręcali się od odpowiedzi i cierpieli na (...) zanik pamięci. Zeznania nieuprzywilejowanych, niezamężnych kobiet oraz świadectwo lekarza i położnej wystarczyły, by sędzia ogłosił wyrok”. I teraz pytanie – czy to była norma, czy odstępstwo od reguły? Muta, pisze Brzezińska, miała szczęście, że mieszkała w Bolonii, mieście prawników, w którym procedury były klarowne, a sędzią najprawdopodobniej powodował „etos (...) miejskiej republiki, która chroni wszystkich mieszkańców przed przemocą i dba o respektowanie prawa oraz porządku publicznego”. Kontekst decyduje. ©Ⓟ
Piotr Kofta
Pisarz, krytyk literacki, publicysta

