Od konsumowania produktów do konsumowania doświadczeń
Rozmowa z Jamesem Wallmanem, autorem książki "Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, posiadając mniej", o kulturze konsumpcjonizmu i nowym systemie wartości
Każdy, kto weźmie do ręki Pana książkę, zwróci uwagę na tytuł: Rzeczozmęczenie. Co to znaczy?
Po angielsku ten tytuł brzmi Stuffocation. To gra słów mówiąca, że dusimy się w nadmiarze rzeczy. Dzisiaj zamiast czuć się bogatsi, dzięki posiadanym przez nas przedmiotom, mamy wrażenie, że jesteśmy nimi przytłoczeni. Mamy znacznie więcej rzeczy, niż potrzebujemy: stosy ubrań, których nie nosimy, mnóstwo sprzętu, którego nie używamy, i wiele przedmiotów, które nigdy i do niczego nam się nie przydadzą. Więcej rzeczy oznacza dla nas więcej kłopotów i obowiązków. Dla naszych rodziców i dziadków jest to niezrozumiałe, jak można widzieć problem w tym, że ma się więcej. Oni żyli w czasach, w których czasami nie było co włożyć do garnka... A w naszym świecie więcej nie znaczy lepiej. Znaczy - gorzej. Cierpimy na chorobę, którą nazywam rzeczozmęczeniem. Moim zdaniem to jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń współczesności.
Dlaczego?
Nadmiar rzeczy zagraca nasz dom. Naraża na niewygodę i zbędne koszty. Męczy, stresuje, bywa powodem depresji. Dzisiaj kupujemy coraz więcej. Jakość naszego życia i poziom materialny podnosi się, ale pojawia się pustka duchowa. Słabną relacje międzyludzkie i niknie poczucie więzi społecznych. Na trzech filarach naszego społeczeństwa - takich jak kapitalizm pojmowany jako podstawowa teoria, konsumpcjonizm stanowiący praktykę dnia codziennego oraz materializm rozumiany jako główny system wartości - widoczne są wyraźne rysy. Okazuje się, że potrzebujemy czegoś więcej niż dobra materialne. Doskonałym przykładem jest Boże Narodzenie. Dzieci dostają mnóstwo prezentów, podczas gdy największą radość sprawiłaby im nie kolejna zabawka, ale czas spędzony z rodziną.

