Troska o dobro wspólne
Prowokacyjnie sformułowane tezy mają sens – wywołują burzę, w której ścierają się zwolennicy i przeciwnicy zawartego w tezie przekonania. I tak, jedni twierdzą, że głośno i chętnie wyrażana troska o dobro wspólne to tylko maska dla bezwzględnego biznesu, inni – że jest wiele przykładów, pokazujących, że to jednak autentyczna postawa firm.

Debata warszawska w stylu oksfordzkim podczas X Konferencji Nienieodpowiedzialnych, odbywającej się w kwietniu br. pod hasłem „Dobro. Szczera wartość czy iluzja, którą tworzymy w życiu i w biznesie?”, skupiła praktyków i teoretyków zarządzania organizacją, a także tych, którzy są zainteresowani obecnością najważniejszych wartości w naszym życiu zawodowym i osobistym w świecie zdominowanym przez relatywizm. Teza debaty brzmiała tak: „Troska o dobro wspólne to maska dla bezwzględnego biznesu”. Prawda czy fałsz? Spójrzmy na głosy ekspertów przyglądających się uważnie społecznym aspektom funkcjonowania biznesu.
Tyle, ile trzeba
Wśród argumentów potwierdzających słuszność tezy debaty na pierwszy plan wysuwa się ten, który dotyczy presji społecznej wywieranej na firmy. – Uważam, że poziom troski o dobro wspólne – dobro społeczne – jest określony tym, jaki jest nacisk na biznes ze strony jego otoczenia, a nie troską samą w sobie. Firmy są odpowiedzialne na tyle, na ile być muszą. Jak wskazują raporty instytucji publicznych w Europie Środkowej i Wschodniej, wielkie koncerny spożywcze nie produkują żywności mającej tę samą jakość, lecz w zależności od kraju, w którym będzie ona sprzedawana. Kawa w różnych krajach Unii Europejskiej ma inny poziom kofeiny. Zawartość ryb w paluszkach rybnych jest bezpośrednio skorelowana z rynkiem, na którym ta żywność się pojawi. W słoiczkach z żywnością dla dzieci nie ma zachowanej jednolitej proporcji warzyw oraz wypełniaczy w postaci ryżu. Za każdym razem mówimy o produktach sprzedawanych w tym samym opakowaniu i pod tą samą marką. I dotyczy to nie tylko rynku żywności, lecz także odzieży, środków czystości, elektroniki


