Leczenie duszy
Rozmowa z Tomaszem Kozłowskim, psychologiem i terapeutą specjalizującym się w interwencji kryzysowej, o interwencjach kryzysowych i debriefingu jako metodzie psychologicznej pomocy, która pozwala pracownikom zredukować negatywne skutki przeżyć traumatycznych
Cała Polska kojarzy Pana twarz z telewizji jako eksperta ds. katastrof i pomocy psychologicznej niesionej uczestnikom i rodzinom ofiar wypadków oraz ratownikom. Czy z Pana wiedzy korzystają również firmy, czy można się z tego szkolić?
Interwencja kryzysowa nie jest, wbrew pozorom, bardzo widoczna na rynku. Przy takiej działalności nie sposób się reklamować. Temat śmierci podczas wypadków nie jest też tematem do szkoleń. Jeżeli ktoś mnie prosi o pomoc w firmie, to wówczas, gdy takie zdarzenie miało już miejsce. Ostatnio zajmowałem się np. takimi sprawami, jak samobójstwo młodej osoby, śmierć pracownika na spotkaniu służbowym, śmierć dziecka członków zespołu. Ale dobrze byłoby, gdyby podstawową wiedzę na ten temat posiadali też np. menedżerowie czy specjaliści ds. personalnych w firmach.
Co przekazałby im Pan jako pierwszą i najważniejszą porcję wiedzy, niezbędną do właściwego odnalezienia się w sytuacji po traumatycznym zdarzeniu?
Interwencja kryzysowa powinna być wprowadzona w odpowiednim czasie, najczęściej w ciągu 48-72 godzin po samym zdarzeniu. Jak to wygląda w praktyce? W ciągu pierwszych 24 godzin po zdarzeniu trzeba działać pod kątem podstawowych potrzeb ludzi w nim uczestniczących, które sprowadzają się do potrzeby bezpieczeństwa fizycznego. W ciągu następnych dni uczestnik zdarzenia zyskuje pewien dystans do tego, co się wydarzyło. Po tygodniu może potrzebować kontaktu z innymi ludźmi. Niektórzy będą od tego uciekać - to jeden z podejmowanych sposobów radzenia sobie z przeżyciami. Ale pojawia się ten moment, w którym już chcą rozmawiać. Przez pierwsze miesiące zaczynają mieć potrzebę konstruowania planu tego, co się wydarzyło. Następne pół roku to czas, w którym powoli wraca się do równowagi.

