Kiedy w trakcie rekrutacji rozmawiać o wynagrodzeniu
Kto wykłada karty?
Kilka lat temu, kiedy Polacy zaczęli pracować w Wielkiej Brytanii, odkryli, że pracodawcy informują w ogłoszeniach rekrutacyjnych o wysokości zarobków. Wiele sfrustrowanych osób pisało wówczas na forach dyskusyjnych, że gdyby u nas tak było, nie traciłyby czasu na kolejne rozmowy w rekrutacjach, w których na końcu dowiadywały się o żenująco niskim wynagrodzeniu. Niektórzy denerwowali się, że to od nich zaraz na wstępie żądano podania ich aspiracji finansowych.
Przedszkolna zabawa w "Ty mi pokaż pierwszy" prowadzi czasami rzeczywiście do sytuacji, że obie strony tracą czas i pieniądze, aby na końcu wyjść z rozczarowaniem. Co ciekawe - ofiarą utajniania przez firmy do ostatniej chwili oferowanych wynagrodzeń padają czasami również haerowcy, którzy przecież sami również aplikują. "Żebyś wiedział, jak tragicznie niskie zarobki mi zaproponowali w firmie X" - słyszy się czasami w kuluarach dużych konferencji dla dyrektorów i specjalistów ds. HR.
Może sprawia to polityka firm, które nie płacąc rynkowo liczą, że dobry kandydat wymęczony długim procesem selekcji zgodzi się pracować za małe pieniądze na zasadzie "Skoro tyle wysiłku mnie to już kosztowało, to niech na razie będzie taka praca". Organizacje takie nie liczą się z tym, że to "na razie" może być rzeczywiście bardzo krótkie, a zdemotywowany od początku pracownik nie przyniesie firmie zbyt wiele korzyści.
Podawanie wysokości wynagrodzenia w ogłoszeniu prasowym wydaje się wygodne nie tylko dla kandydata (bo jeśli zbyt odbiegałyby od oczekiwań, po prostu nie aplikowałby). Również pracodawcy mają z takiego rozwiązania potencjalną korzyść w postaci wstępnej selekcji - na dane stanowisko zgłaszaliby się ci, którzy chcą pracować za określone pieniądze. Zważywszy, że np. za assessment center firma musi zapłacić ok. 30 tys. zł za sesję, to niezapraszanie do rekrutacji osób z góry wykluczających pracę na proponowanych warunkach byłoby dla organizacji sporą oszczędnością.


