Na pęknięciu w PiS zyskają wszyscy. Prawie wszyscy
Pęknięcie w Prawie i Sprawiedliwości ma dla samego PiS niewielkie znaczenie. W dalszym ciągu będzie to jedna z dwóch największych partii. Ale dla polskiej sceny politycznej to pęknięcie może mieć zasadnicze znaczenie. Kończy epokę, w której polską politykę definiował spór Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim. Otwiera epokę trudnego składania bardzo dziwnych koalicji.
To przypomina zmianę, jaka zaszła w relacjach międzynarodowych. Gdy upadł dwubiegunowy system zimnej wojny (między USA a ZSRR), zastąpił go ład wielobiegunowy, w którym nikt już nie może nikomu niczego narzucić, a średniacy (jak Ukraina czy Iran) dzięki sprytnie budowanym sojuszom mogą się stawiać największym potęgom – Rosji czy Ameryce.
Obstawiam, że ostatecznie PiS się podzieli. Ale nie dlatego, że zbyt wiele różni „maślarzy” od „harcerzy”, aby dalej trwali pod jednym partyjnym szyldem. Powód jest całkiem inny: podział się opłaca Kaczyńskiemu, Morawieckiemu, Czarnkowi, a także obu Konfederacjom i prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, a może nawet Tuskowi.
W pierwszych sondażach widać, że wśród środowisk, które mają szansę przeskoczyć próg wyborczy, na rozwodzie Mateusza Morawieckiego z Przemysławem Czarnkiem tracą tylko Polska 2050 (boleśnie) i Koalicja Obywatelska (nieznacznie). Inne ugrupowania mają jednak powody do radości.
Jarosław Kaczyński zyskuje, bo po rozłamie suma poparcia dla PiS i potencjalnej partii Morawieckiego jest większa niż poparcie dla PiS przed rozłamem. Przyrost kosztem Polski 2050 i KO jest niewielki, ale urealnia szanse na odebranie władzy Tuskowi. O ile tylko PiS będzie miał zdolność koalicyjną. Dlatego w odróżnieniu od pisowskiego planktonu prezes mówi ostrożnie i wzywa swoich popleczników do trzymania języka za zębami.
Morawiecki po odejściu z PiS zyskuje samodzielność. Jego przyszła partia już teraz zdobywa w sondażach niemal 7 proc. głosów. To może oznaczać, że po przyszłorocznych wyborach były premier stanie na czele klubu, który będzie sejmowym języczkiem u wagi. Jak mu dobrze pójdzie, to prawdopodobnie od niego będzie zależało, który obóz zasadniczego podziału politycznego stworzy kolejny rząd. Będzie więc mógł twardo negocjować posadę premiera dla siebie i dobre posady dla swoich kolegów. By to osiągnąć, musi jednak wyciszyć niechęć do siebie w PiS i w KO. Dlatego tak delikatnie mówi teraz nie tylko o Jarosławie Kaczyńskim, lecz także o Donaldzie Tusku. Bo wie, że mając kilkudziesięciu posłów, będzie się liczył przy rozdawaniu kart tylko wtedy, gdy uzyska zdolność do stworzenia koalicji zarówno z Kaczyńskim, jak i z Tuskiem. Osobno lub razem. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, po pęknięciu PiS oba warianty stały się możliwe.
Przemysław Czarnek dzięki podziałowi będzie mógł iść jeszcze dalej na prawo. Jeśli mu dobrze pójdzie, do wyborów będzie przyszłym premierem, a potem (jak kiedyś „premier z tabletu” Piotr Gliński) dostanie ciepłą posadę.
Z kolei Karol Nawrocki dzięki pęknięciu w PiS ma szansę rozdawać karty po wyborach i zrobić Zbigniewa Boguckiego premierem lub wicepremierem faktycznie prezydenckiego rządu. Bo bez jego pomocy Kaczyński i Morawiecki raczej nie dogadają się z konfederatami.
Donald Tusk, w odróżnieniu od partyjnych kolegów, też bardzo delikatnie mówi o podziale w PiS. Obecny premier ma do poprzednika wiele poważnych zastrzeżeń, ale niewątpliwie rozumie, że przejdzie nad nimi do porządku i dogada się, jeśli alternatywą będzie rząd z premierem Czarnkiem na czele, Grzegorzem Braunem w MSW, Sławomirem Mentzenem w Ministerstwie Aktywów Państwowych, Krzysztofem Bosakiem w Ministerstwie Kultury i Zbigniewem Ziobrą w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Nie wiem, czy Morawiecki z Kaczyńskim ten rozłam wymyślili, czy też zwyczajnie dali się ponieść emocjom. Ale dobrze widać, że w odróżnieniu od poprzednich odejść z PiS to pęknięcie zmienia nie tylko liczebność każdej z partii, ale też mechanikę całej sceny politycznej. ©℗
Jacek Żakowski
dziennikarz, publicysta, Uniwersytet Civitas




